Opowieści Fabryki Opowieści

Autorski system komunikacji

Tutaj poznasz naszą opowieść GPS, DNA, Happy Client Story i opowieści naszych klientów. Przekonaj się, na czym polega moc opowieści, po prostu.

Choose your story, change history.

podpis Moniki dwie linijki

OpowieśćGPS

W tym audio Monika jako gość Marka Jankowskiego w ramach podcast’u „Mała Wielka Firma” opowiada o najważniejszych elementach swojej drogi zawodowej. To jej opowieść GPS, która pokazuje, co Monika robi i dlaczego to robi. Z audio dowiesz się też, czym jest storytelling i jak może Ci pomóc w biznesie.

Opowieść Happy Client Story

W tym video Monika opowiada historię jednego ze swoich zadowolonych klientów. Happy Client Story zamienia nudne rekomendacje w prawdziwe opowieści, które usuwają obiekcje i ułatwiają podjęcie decyzji zakupowej.

Prezes Artur Czepczyński niczego nie wiedział o storytellingu biznesowym. I niczego nie chciał wiedzieć. Przyszedł na moją konferencję, bo… pomylił sale. Po pięciu minutach postanowił jednak zostać.

Miesiąc później przyjechał na moje dwudniowe szkolenie. A chwilę potem, już u niego w firmie, pracowaliśmy indywidualnie nad jego opowieścią. Dwa lata później mieliśmy już za sobą serię storytellingowych szkoleń dla całej kadry zarządzającej i liderów jego firmy.

Jak opowieści przełożyły się na konkretny zysk w firmie ABC Czepczyński?

Historia Mariusza - przeczytaj

Nie spodziewałam się tego po nim. Wysoki, postawny, niebieskie oczy i koszula oraz ten ciepły uśmiech. Miałam wrażenie, że za chwilę wyciągnie do mnie rękę z krówką albo ptasim mleczkiem. Ale to była tylko jedna strona medalu. To był też twardy negocjator, dyrektor odpowiedzialny za ekspansję ogólnopolskiej firmy spedycyjnej na rynki zagraniczne oraz za pozyskiwanie klientów. Nie spodziewałam się, że on będzie miał taki problem.

Jednym z najbardziej mozolnych codziennych zajęć Mariusza było pisanie maili handlowych. Dziesiątek, setek wiadomości każdego tygodnia i miesiąca, wysyłanych do różnych firm. Najczęściej z prośbą o spotkanie. A w odpowiedzi… cisza…

Kiedy już ktoś odpowiadał, bardzo często powtarzał się stały schemat: sala konferencyjna, długi stół, po jednej stronie siedzi Mariusz, po drugiej potencjalny klient z notesem, skrzętnie notujący każde słowo. Przynajmniej tak to wygląda. I na koniec znienawidzone podsumowanie spotkania:
– No, to dziękuję bardzo. Przemyślimy to i odezwiemy się do pana.
Wiedział, że nic z tego nie będzie. Ciężko dziś pozyskać klienta, nawet jeśli ma się doskonałe usługi i produkty. W październiku 2015 r. Mariusz miał na oku dużą, meblarską firmę austriacką. Pomyślał, że gdyby wygrał kontrakt od tej firmy, no… to byłby naprawdę duży sukces!

Akurat wziął udział w naszym szkoleniu ze storytellingu, gdzie mówiliśmy dokładnie o tym, co zrobić, żeby klienci zamiast „nie” mówili „tak”.
Mariusz jest bardzo doświadczonym handlowcem i naprawdę nie jest łatwo go czymś zaskoczyć. Kiedy mówiliśmy o konieczności zmiany sposobu komunikacji, on ciągle potakiwał głową, bo już to wszystko wiedział. Tylko że do tej pory jakby to do niego nie docierało. Nie z taką mocą. A kiedy ja o tym opowiedziałam, nagle postanowił, że zacznie pisać maile w inny sposób.

To, co się zmieniło w pracy Mariusza, to przede wszystkim sposób, w jaki zaczął myśleć o tym, kto będzie czytał jego wiadomości. Przestał pisać do przedsiębiorstwa, do jakiegoś działu marketingu czy handlowego. Nagle dotarło do niego, że za tym przedsiębiorstwem, za tym działem stoi konkretny człowiek. I że on pisze właśnie do tego człowieka. I w takim duchu napisał swój mail do austriackiego potentata branży meblarskiej.

Napisał, że też pracuje w firmie rodzinnej, opisał, jakie mają wartości i w kilku zdaniach opowiedział historię prezesa ABC CZEPCZYŃSKI. To taka sztandarowa opowieść „od zera do bohatera”: jak prezes Artur zaczynał swoją działalność, jak jeździł na ciężarówce i sam był kierowcą, potem jak miał coraz więcej ciężarówek, i jak musiał sprzedać je wszystkie, bo firma się za szybko rozrosła i musiała zmienić swój profil. I o tym, że kiedy znów mieli bardzo dobre obroty, nagle stanęli na skraju bankructwa.

Mariusz zastanawiał się, czy w ogóle przyjdzie jakaś odpowiedź…
Tym razem nie musiał na nią wcale długo czekać. Serce mu zadrżało, kiedy czytał pierwsze słowa: „Niestety, nie możemy przyjąć Pana zaproszenia, ale… zapraszamy do naszej siedziby”.

Kiedy Mariusz leciał samolotem do Wiednia, w głowie kołatała mu tylko jedna myśl: Czy powtórzy się stary schemat? Czy znowu będzie stół, dwóch panów i ten nieśmiertelny notatnik? Czy przedstawiciel firmy znajdzie dla niego trochę więcej niż standardowe 15 minut, które zazwyczaj poświęca na takich klientów?
Jak myślisz: długo trwała ich rozmowa?

Dwie i pół godziny. I jeżeli sądzisz, że rozmawiali o interesach, to się bardzo mylisz. Te dwie i pół godziny rozmawiali o wszystkim: o ich firmach, o tym, jak rozumieją procesy, które w nich zachodzą, o życiu. To było jak spotkanie dwóch dobrych przyjaciół, którzy dawno się nie widzieli i teraz muszą nadgonić wszystkie zaległości, opowiedzieć wszystko, co wydarzyło się w ich życiu przez ostatni czas. W pewnym momencie Austriak powiedział nawet do Mariusza: Widzę, że my mówimy dokładnie o tym samym, czujemy tak samo. Ale po dwóch godzinach Mariusz zaczął się już serio niepokoić, że do tej pory nie padło ani jedno słowo o kontrakcie.
Dopiero na samym końcu spotkania przedstawiciel firmy meblarskiej otworzył szufladę, wyciągnął warunki handlowe, wręczył Mariuszowi i powiedział: „Wierzę, że wy je spełnicie.”

Od tamtego czasu takie maile jak Mariusz w firmie Artura Czepczyńskiego piszą prawie wszyscy pracownicy. Zamiast klikać, zaczęli rozmawiać z klientami. Dostają zlecenia, nawet jeśli ich transport jest droższy niż u konkurencji. O swojej firmie mówią z dumą: „nasza”. A 23 grudnia 2015 r. zadzwonił do moich drzwi dzwonek…

Opowieść DNA

Monika opowiada o konkretnej sytuacji z jej życia po to, by pokazać, jakimi wartościami się kieruje. DNA to opowieść, która ma największą siłę wpływu. A jeśli wolisz czytać, to przeczytaj krótszą wersję opowieści DNA Moniki.

Historia DNA - przeczytaj

Pamiętam, jakby to było wczoraj… 23 lutego 2009 roku Slumdog dostaje 8 Oscarów. Ja — nowe życie. A było to tak.

Każdy dzień tamtej zimy pędzi jak kolejka górska. Mam dwa etaty i trzeci w domu. Robię dokumenty i reportaże w TVP, uczę video storytellingu na UAM, sama wychowuję syna. Nagrody za filmy cieszą, ale jadę na oparach. Już przy porannej kawie płakać mi się chce ze zmęczenia.

Właśnie skończyłam zdjęcia do reportażu dla Magazynu Ekspresu Reporterów. Dwuletniej Alicji, która czeka na adopcję w pogotowiu opiekuńczym, użyczy głosu Krystyna Czubówna.

Jest mroźny poniedziałek, ślisko. Wsadzam Tymka do pociągu, jedzie na swój pierwszy obóz szermierczy. Sama wsiadam do samochodu. Odpocznę nad morzem. Będę blisko, jakby co. – No tak. Mama kwoka.

Droga nie jest taka zła. Dojeżdżam do Kamiennych Kręgów w Grzybnicy. Już widzę siebie na masażu gorącą czekoladą, gdy nagle koła trafiają na murek ze śniegu. I niczego więcej nie mogę zrobić. Moja zielona Toyota pędzi ślizgiem wprost na nadjeżdżające auto.

Przeraźliwy huk, po nim kolejny, ląduję na skarpie w lesie. Skąd ten swąd? Muszę uciekać! Ale jak? Drzwi od strony pasażera są zakleszczone. Zaraz zemdleję. Wzywają karetkę. Ktoś zbiera moje książki rozsypane na śniegu. I wkrótce — zamiast kąpieli w winie — szpital. W Koszalinie. W izbie przyjęć pochyla się nade mną przerażona rejestratorka:
– O Boże, co my z nią zrobimy?!
Nagle puszczają mi nerwy.

Widać, jestem w kawałkach i nawet o tym nie wiem. To chyba ta adrenalina! Tymczasem ona mówi o mojej czerwonej walizce, którą ratownicy włożyli wraz ze mną do karetki.

Rentgen pokazuje wielokrotne złamanie miednicy. Nie zauważają, że kręgosłup też oberwał. Boli mnie każdy ruch. Leżenie boli. W kilka sekund zawalił się cały mój świat.

Przewożą mnie do szpitala w rodzinnym Poznaniu. Morfina jakoś pomaga zasnąć. Za to kolejna noc… Trzecia nad ranem. W pokoju ciemno. Tylko spod drzwi strużka światła. Czuję, że spadam w jakąś oślizgłą, czarną przepaść.

– Jezu! Kiedy skończę film? Moja mała bohaterka czeka na adopcję! Co z mamą, która mnie potrzebuje po kolejnej operacji nowotworu? Tymek ma 8 lat. Kto go będzie wozić do szkoły?

Nagle ogarnia mnie pewna, mocna myśl: choć niczego już nie mogę zrobić, COŚ jeszcze nadal mogę. Nadal mam wybór. Mogę zrobić krok w otchłań, na dno, wołając do Boga:
– Gdzie byłeś? Dlaczego JA?

Mam do tego prawo, bo jest źle. Mogę użalać się nad sobą! Albo dostrzec, że to nie kładka w przepaść, ale trampolina. Do czegoś nowego.

Czuję, jakbym stała w wąskim korytarzu pomiędzy drzwiami PORAŻKA a drzwiami z szyldem SZANSA. Bez względu na to, jak jest mi ciężko, nadal mam wybór, którą klamkę nacisnę. Tylko czy w tej sytuacji może w ogóle być coś dobrego? Waham się. To trwa może 30 sekund, a może minutę. Dla mnie to cała wieczność. Mimo bólu i obezwładniającego strachu daję szansę Bogu na plan B.

Kiedy następnego dnia moja szefowa Kasia przynosi mi do szpitala porcję sushi, kieliszek wina śliwkowego, którego słodko-cierpki smak czuję do dzisiaj, i pożycza swój laptop, ze zdumieniem patrzy na mój promienny uśmiech.
– Z tym wypadkiem to był jakiś żart?

Poważnieje, kiedy pomaga mi umyć trzęsące się jak galareta ciało. Mam na skórze wszystkie kolory tęczy.

Nieoczekiwanym darem z Góry okazuje się czas, którego zawsze mi dotąd brakowało, i wspaniali ludzie, których pomoc pozwoliła przetrwać trudne miesiące na inwalidzkim wózku.

Nie przypuszczałam, że ten mój wybór, tych kilkadziesiąt sekund zdecyduje o moim dalszym losie. O tym, że jako biznesowa dziewica zrezygnuję z etatu w TVP i z reżysera i dziennikarza stanę się również przedsiębiorcą. Że jako mistrzyni prokrastynacji po 25 latach spełnię swoje marzenie i napiszę książkę w 40 dni, a w rok zrobię doktorat. A jako cyfrowa emigrantka założę pierwszą w Polsce Mistrzowską Szkołę Storytellingu Biznesowego on-line. I to zbliżając się do 50-tki.

Tamtej nocy zrozumiałam, że życie jest opowieścią. Mogę wybrać, jak ją sobie opowiem. Mogę dopisać tyle nowych wątków, ile potrafię. I nowe zakończenie. Mogę się obsadzić w roli ofiary lub bohatera. Reżysera albo obsługi planu. I każdego dnia mogę wybrać, czy moje życie, mój biznes i mój świat będzie kiepską czy dobrą fabułą. Taką na Oskara!

Przeżyłam, żeby o tym opowiedzieć.

PS Dzisiaj, po latach, zrozumiałam jeszcze coś.

Najważniejszy jest Producent. To On trzyma rękę na pulsie i szykuje dla mnie najlepszy plan B. Odkąd Mu zaufałam, żyje mi się BOSKO!

Przykładowe Opowieści naszych klientów

bullet icon

OPOWIEŚĆ GPS AGNIESZKI DZIAŁO-JABŁOŃSKIEJ

bullet icon

OPOWIEŚĆ DNA JOANNY SKORUPSKIEJ-GÓRSKIEJ

bullet icon

HAPPY CLIENT STORY MARZANNY GĄSIOR

bullet icon

OPOWIEŚĆ MARKI MARZENY DRANKI

OPOWIEŚĆ GPS AGNIESZKI DZIAŁO-JABŁOŃSKIEJ

Opowieść Agnieszki - przeczytaj

Agnieszka Działo Jabłońska

Od dzieciństwa lubiłam dwie rzeczy – taniec i prace ręczne. Na szkołę baletową mama na szczęście nie wyraziła zgody, lecz w dziedzinach twórczych miałam wolną rękę!
Rysowałam, haftowałam, szyłam… Kreowałam przestrzeń wokół siebie. Dla siebie i dla innych. Lubiłam wywoływać uśmiech na twarzach obdarowywanych moimi pracami. Jednak wybór drogi życiowej nie był łatwy…
Trafiłam na protetykę, gdzie znalazły ujście moje zdolności manualne. Były jednak takie jedne zajęcia, przed którymi drżałam.
Ortodoncja! Jak ja nie cierpiałam wyginać tych drutów! Na drugim roku odlewaliśmy ze srebra wkłady koronowo-korzeniowe, to taki element ratujący resztki zęba.
Wtedy wpadłam na pomysł, by tą metodą zrobić biżuterię!
Odlałam i… poczułam euforię! Dumę! Moje pierwsze SREBRNE KOLCZYKI!
Nie z mosiężnej czy aluminiowej blachy, nie z koralików czy łupinek orzecha, które dotąd wychodziły spod mojej ręki. Srebrne kolczyki – SUPEŁKI!
Muszę tworzyć! Wtedy będę szczęśliwa!
Skończyłam z odtwórczym, zębowym rozdziałem w moim życiu! Przez rok szukałam miejsca, w którym mogłabym nauczyć się złotnictwa. Od gdańskich złotników słyszałam, że nie ma sensu, że zawód się kończy! A jednak znalazłam! W Bydgoszczy. Przez dwa miesiące jeździłam do pracowni wspaniałych mistrzów, błagając, żeby zechcieli przyjąć na naukę mnie – dorosłą już osobę.
Cudem zarobiłam, sporą jak dla mnie, kwotę na opłacenie tej nauki i… stał się DZIEŃ PIERWSZY W PRACOWNI ZŁOTNICZEJ.
Czekał już na mnie „mój” warsztat i “moje” narzędzia, a wśród nich… pięć sztuk ortodontycznych kleszczy!
Pierwsze zadanie: wyginanie srebrnego drutu na elementy do bransoletki…
Gdy po sześciu godzinach szłam ulicą w to słoneczne, wrześniowe popołudnie – płakałam jak bóbr! Byłam załamana i zła. Tyle zachodu, pieniędzy i teraz znów będę wyginać druty?! A następnego dnia wsiąkłam. Totalnie!
Wtedy to po raz pierwszy przeżyłam TEN moment, kiedy spod szaro-czarnej powierzchni pierścionka, pod szczotką polerską, pojawił się pierwszy błysk srebra!
Ta radość mi nie przeszła do dziś.
Od 1993 roku prowadzę własną pracownię Jabłońska Biżuteria i KOCHAM TO, CO ROBIĘ!
Czasem wyginam druty, czasem grube blachy. Piłuję pilnikiem metal, a czasem własne palce. Przycinam, lutuję, komponuję i tworzę!
I… nadal uwielbiam muzykę. Zdarza się, że porwana rytmem tańczę w pracowni z… drutem w ręku.
Jest tylko jedna rzecz, która cieszy mnie bardziej niż tworzenie.
Radość moich klientów!
Szczęście „młodych” cieszących się z wymarzonych obrączek, które będą im towarzyszyć we wspólnym życiu.
Ulga i zachwyt, gdy ulubione ozdoby po naprawie nabierają dawnego blasku.
Uśmiech na twarzy, gdy biorą do ręki stworzoną dla nich biżuterię. I odkrywają w niej swoje prawdziwe JA.

Zobacz stronę internetową Agnieszki: przejdź

Opowieść DNA JOANNY SKORUPSKIEJ-GÓRSKIEJ

   

Opowieść Joasi - przeczytaj

Oskar był zachwycającym dzieckiem. Żywym, radosnym, sprawnym i towarzyskim. „Oskareczek – Cukiereczek”. Rozmowny i kreatywny. Wciąż wymyślał coś nowego: gry planszowe, zabawy, rękodzieła, huśtawkę na ukos… – dotąd nikt nie wie, co to. On jednak był z tego dumny, a my z nim. Miał też swój świat, w którym walcząc z niewidzialnymi przeciwnikami, wzbudzał ten rodzaj czułości i fascynacji z nutką niepokoju.

Gdy nastał jego czas, poszedł do szkoły. Płynęły dni i tygodnie. Chwilami dziwiło mnie, że niewiele piszą w szkole i odrabiają w domu. Wywiadówka i strzał! Oskar jest nieobecny podczas lekcji. Spogląda w okno i odpływa. Przywoływany, powraca na krótkie momenty i nie jest w stanie nadążać. Nie przyswaja tego ogromu słówek z angielskiego…, a na przerwach oddala się i walczy z trawą. Wreszcie delikatna, acz wyraźna sugestia, że w tej szkole raczej sobie nie poradzi. Dlaczego nikt wcześniej niczego mi nie powiedział, choć dzieci i nauczyciele zaczęli patrzeć na niego jak na odmieńca? Niby oburzenie, a jednak mechanizm zadziałał. Klik wrrr… włączyło się widzenie noktowizyjne i zaczęłam odczuwać niepokój i zażenowanie, widząc, jak sobie nie radzi, jak walczy z trawą, jak inni na niego patrzą… Podejrzenie dysleksji, szybka diagnoza, mordercza praca w domu. Nerwy, obciążenie, stres, lawinowy spadek wiary w siebie i poczucia własnej wartości. Patrzył na mnie i widział, że nie jest dobrze, że przestał być zachwycający. I popłynął z tym nurtem. Obwiniał się, zamykał w sobie, wybuchał i nazywał głupkiem. A we mnie narastała panika z powodu tego, co się działo, lęk o tu i teraz, i o jego przyszłość. Lęk i bezradność.

Przestałam być szczęśliwa i dumna z tego, jaki jest, i przestałam go akceptować. A przecież on się nie zmienił! To ja zaczęłam patrzeć na niego inaczej. I dokładnie od tego momentu on stał się nieszczęśliwy.

Musiało się coś wydarzyć, aby to do mnie dotarło. Sytuacja niby jak wiele. Siedziałam w ogródku szkolnym. Dzieci bawiły się w grupkach. Oskar pod płotem samotnie, z oddaniem godnym super bohatera powalał mieczem z patyka wyimaginowanych przeciwników.

Ciepłe promienie słońca sprawiły, że przyjemnie się rozluźniłam i patrzyłam na niego spod na wpół przymkniętych powiek z taką czułością jak dawniej. „Ależ ten twój syn jest dziwny. Co on właściwie wyrabia? Zachowuje się jak…” Urwała, gdy zerwałam się na równe nogi. Patrzyłam na stojącą przede mną kobietę, zbierając myśli. „Cóż. Zachowuje się jak reżyser. Właśnie rozgrywa kolejną bitwę w historii, którą tworzy. Ma nieprawdopodobną wyobraźnię”. I to był przełom. Mój przełom. Postawiłam na budowanie jego siły na tym, co go wyróżnia. Znalazłam inną od tradycyjnych metodę pracy z dysleksją, taką przez ruch, jakiej potrzebował. Zamiast tłumić go, hamować i strofować, zaczęłam uczyć się podążać za nim. Nie muszę mówić, że nie było łatwo. Najtrudniejsza była praca nad sobą. Codzienna praca z Oskarem Gimnastyką Mózgu trwała prawie 3 lata. Budowanie poczucia, że to, co nas wyróżnia, stanowi największą siłę praktykowałam do chwili, aż wyjechał na studia do Edynburga.

Patrzę dzisiaj na niego i widzę mężczyznę tak bardzo innego od większości ludzi w jego wieku. W pełni samodzielnego mężczyznę, który zna swoją wartość i konsekwentnie realizuje plany i marzenia.

„Jestem inny i to jest moją siłą”. Chcesz, aby tak myślało o sobie Twoje dziecko? Skontaktuj się ze mną. Chętnie Was poprowadzę.

Zobacz stronę www Joasi: przejdź

HAPPY CLIENT STORY MARZANNY GĄSIOR

Opowieść Marzanny - przeczytaj

– Chcę kupić rower, czy mógłby nam pan doradzić?
Przed ladą stoi drobna, niewysoka, starsza pani. Tak na oko ma około 70 lat. Towarzyszy jej młody mężczyzna w garniturze.

– Syn nie bardzo zna się na rowerach, a mnie potrzebny jest naprawdę dobry rower. Słowo „dobry” zabrzmiało głośno i zdecydowanie.
Rozpoczynamy wędrówkę po sklepie. Prezentacja rowerów przypomina casting. Klientka słucha uważnie. Mijają długie minuty. Omawiamy kolejny rower i kolejny.

– Nie, nie, nie – kręci głową. Marszczy nos. Wykrzywia usta. Jest poirytowana.
– Bo ja chcę taki rower z silnikiem, ale nie taki, co sam jedzie.
Oddychamy z ulgą.
– Mamy taki rower, proszę spojrzeć, to ten srebrno-czarny.
Oczy starszej pani błyszczą. Szeroki uśmiech odejmuje lat.
Zapraszamy do próbnej jazdy. Już na pierwszy rzut oka widać, że rower jest za duży.

– Proszę się nie martwić. Już zamawiamy właściwy rozmiar. Jeszcze tylko pani numer telefonu.
Klientka recytuje z pamięci dziewięć cyfr.
– Proszę dopisać moje imię: Ania.

Mijają dwa miesiące. Pani Ania przyjeżdża na pierwszy przegląd gwarancyjny. Rower dostaje się w ręce samego szefa.

Szef Marek zapina rower w stojak. Uważnie przygląda się zębatkom, mierzy łańcuch, sprawdza opony.
– Jak to możliwe? W tak krótkim czasie? – cicho szepcze. – Musimy wymienić cały napęd. Jest bardzo zużyty.

Kręci kołem i wodzi palcem po bieżniku. Marsowa twarz. Jakaś myśl nie daje mu spokoju.

Nagle podnosi głowę:
– Pani Aniu, jak daleko pani jeździ?

Nazwy miejscowości, miejsca, gdzie pani Ania ładuje dodatkowe baterie, czas, jaki spędza na rowerze. Im więcej pani Ania mówi, tym oczy Marka stają się coraz większe i coraz bardziej okrągłe. Nie dowierza. I nagle wszystkie puzzle znajdują swoje miejsce.
– Jeżdżę codziennie. Mam dwie baterie na zmianę. Wiem, mniej więcej, kiedy się rozładują. Staję wtedy na stacji benzynowej, robię sobie przerwę i podłączam baterie do prądu. Czasami noc mnie zastanie na rowerze. Dobrze, że dobrał mi pan takie mocne światła. Mąż mniej się denerwuje. Ale tak dokładnie nie powiem, ile to kilometrów, nie liczę. Mam bardzo dobry rower, dzięki panu.

Marek uśmiecha się i mówi:
– Pani Aniu, czy zgodzi się pani, żebyśmy zamontowali pani licznik? W prezencie od firmy. Będzie pani wiedziała, ile kilometrów jeszcze do domu, jak długo będzie żyła bateria. I nie będzie musiała pani jeździć nocą.
– Och, bardzo dziękuję! Za takiego… Anioła Stróża.

Pani Ania przejeżdża około 3 000 km w miesiącu. Codziennie w siodełku spędza około 7 godzin. Dumnie podnosi głowę. Liczby na liczniku nie kłamią. Odkąd kupiła u nas rower z elektrycznym wspomaganiem 4 razy objechała równik. Dla nas pani Ania, siedemdziesięciolatka, jest w czołówce wszystkich pozytywnie zakręconych na rower.

Pasja nie liczy lat.

Zobacz stronę www Marzanny: przejdź

OPOWIEŚĆ MARKI MARZENY DRANKI

Opowieść Marzeny - przeczytaj

Marzena Dranka - miarologia

Jestem Miarka. Pani Miarka. Tak nazwały mnie dzieciaki z Politechnicznego Uniwersytetu Dzieci, bo na naszych zajęciach zawsze chodziłam z metrem, ekierką, sznurkiem i odmierzałam. Dzieci zauważyły, że potrafię zmierzyć wszystko: od długości ich kroku, po skalę ich możliwości. Nawet świat przemierzam. A czasem muszę się z czymś zmierzyć. Jestem zatem Panią Miarką, no i architektem, i nauczycielką – to do czegoś zobowiązuje! Stworzyłam więc firmę MIAROLOGIA®. Uczę dzieci mierzyć. Wyżej. Jednak na początku tego roku szkolnego, już po pierwszych warsztatach pokazowych w mojej Akademii Miarologii mama Franka podeszła do mnie i powiedziała:
– Jestem rozczarowana. Po półtoragodzinnych zajęciach syn wychodzi z jakimś rysunkiem. I to wszystko?
– Czy rysunek to za mało? – zapytałam lekko poirytowana.
– Skoro chwali się pani w internecie, że uczy inżynierii, to liczyłam chociaż na jakieś budowanie z Lego.
– Nie używam na swoich zajęciach żadnych gotowych elementów. To od razu narzuca dziecku formę. Jeżeli dostanie klocki Lego, to zacznie od budowania linii prostych, a jak dostanie tylko kartkę i ołówek, to zacznie od tego, co chce, najczęściej od łuków.
– Może i tak – mama Franka trochę spuściła z tonu – ale wolę, żeby mój syn chodził na robotykę. Przynajmniej skonstruuje coś, co się rusza.

– Jeżeli pani tak uważa, to nie ma problemu. Po to są właśnie zajęcia pokazowe, żeby można się było przekonać, jak wyglądają.

Franek nie przyszedł na kolejne warsztaty. A mnie przez cały semestr gryzła ta rozmowa. Żałowałam, że nie przekonywałam mamy Franka dłużej i bardziej. Przecież mogłam jej powiedzieć, że z każdych moich warsztatów architektoniczno-inżynierskich dzieci wychodzą zachwycone i dumne, niosąc własnoręcznie wykonane projekty techniczne. I nie szkodzi, że nie da się ich jeszcze zbudować, ważne że są przemyślane na miarę ich możliwości i każdy lepszy od poprzedniego. Żałowałam, że straciłam klienta. Że pewnie poszli do kogoś innego na zajęcia. Z klockami, programami komputerowymi, sterownikami i minirobotami. W kolejnym semestrze zostałam zaproszona do prowadzenia gościnnych warsztatów na Uniwersytecie Dziecięcym Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Na salę weszła grupa dzieci, a wśród nich… Franek. Projektowaliśmy bioniczne wieżowce, wykorzystując jedynie kartkę A3, ołówek i gumkę. Po zajęciach czekałam, aż ponownie rozczarowana mama Franka powie mi kilka słów. A tymczasem usłyszałam:
– Miała pani rację. Zapisałam Franka na robotykę, ale przychodził do domu i mówił, że on woli wymyślać bez instrukcji i bez szablonów. Brał kartkę i szkicował dziwne maszyny i swoje pojazdy.
Franek wrócił po pół roku do Akademii Miarologii i rysował, i rysował, i rysował. A tak naprawdę kreował nowy świat, swój świat. Nasz przyszły świat? A po ostatnich zajęciach głośno i dumnie obwieścił:
– Pani Miarko, kiedyś zostanę architektem, nawet jak mama będzie chciała, żebym poszedł na inne studia.

Zobacz stronę www Marzeny: przejdź

Zamów taką opowieść dla Twojej firmy

Bądźmyw kontakcie

W Fabryce Opowieści uczymy jak tworzyć piękne, poruszające i autentyczne historie. Bo dzięki opowieściom ludzie zbliżają się do siebie, filmy nie są nudne, biznes staje się bardziej ludzki a życie nabiera więcej sensu.

Bądź z nami na bieżąco: